W średniowieczu nie było wiz, paszportów, a europejskie narody nie miały problemów z tożsamością etniczną - pisze Tiamat.

To plus - odpowiada Jasiek - niektórym podróżowanie bez UE/Schengen nawet się w głowie nie mieści. Ale nie bardzo wiem, jak było z państwami narodowymi, bo świadomość etniczna to jednak nie to samo co państwo, a państwo to nie to samo co państwo narodowe. Mam wątpliwości, ponieważ z lekcji polskiego w liceum pamiętam, że pod tym względem świadomość była zupełnie inna. Bardziej jako pewien rodzaj państwa traktowano całą Europę. 

Na to nałożyłem sobie pewien obraz, jak panujące dynastie dzieliły się Europą, dbały o swoje wpływy, przesuwały granice, a "ludność zwykła" nie bardzo wiedziała, co się dzieje - to po lekturze podręcznika do historii. Nie wiem też, czy to prawda, że były osoby, które rodziły się i umierały w jednej wiosce, a poza horyzontem nie było świata, czasem tylko zjawił się "pan"/właściciel wioski i przekazywał instrukcje albo posyłał nawet w tym celu umyślnego. 

Bo o tym. co np. robił Chmielnicki na Ukrainie, to już szkoda pisać. Wprawdzie to później niż średniowiecze, ale nie wiem też, czy w tamtym okresie na "dzikich polach" można było w ogóle mówić o jakimkolwiek renesansie (Jasiek).

Poruszył Pan szalenie pasjonujący temat, mianowicie koncepcję państwa i tzw. national identity - pisze Tiamat. - No to może znów się brzydko wyrażę: najstarszym pewnie określeniem jest stwierdzenie, że człowiek jest zwierzęciem terytorialnym (ale to nie ja wymyśliłam).

Mamy nowsze i mniej obraźliwe określenia:
Ludwik XIV - Słońce, król Francji: 'L’état, C’est Moi' - (państwo to ja)
i Donald Trump: 'L’état, C’est Moi'. A według profesora historii Shlomo Sanda 'naród jest to grupa ludzi zamieszkująca wspólny teren, która posiada wspólny język i wspólną historię'.

Można oczywiście dyskutować, na ile taki 'wspólny teren' jest przypadkowy, a na ile wynikiem najazdu i zagarnięcia jakiegoś ciekawego miejsca; i na ile koncepcja państwa jest jednoznacznym pojęciem.
Niewątpliwie kojarzy się z terenem zamieszkałym przez zasiedlenie (naród) pod wspólną, centralną administracją.

Historia pokazuje, że zarówno wspólny teren jak i granice administracyjne to pojęcia dość płynne, więc mamy nowy kłopot z definicją państwa i narodu. Co nie znaczy, że nie próbowaliśmy ujednolicić pojęcia i znaleźć wspólną definicję. A przecież wydaje się, że przerobiliśmy już wszystko na przestrzeni dziejów: koczujące plemiona, osiadłe grupy językowe, ordy, chanaty, imperia, caraty, unie, federacje, pakty, a nawet umowy stowarzyszeniowe.

Kiedyś wymyślili Ligę Narodów, a w 1948 roku ONZ, organizację, która miała niby zapewnić 'prawo do samostanowienia' istniejących państw. I natychmiast jedna z pierwszych rezolucji ONZ została na zawsze złamana, choć nikt tej rezolucji nigdy nie odwołał. Chodzi o państwo Palestynę. I rozpętała się awantura o to, czy Palestyna to naród, państwo i czy ma uzasadnienie historii. Warunkiem powstania Izraela było uznanie państwa palestyńskiego.

ONZ, podobnie jak i Liga Narodów, nie spełniła pokładanych nadziei w pokojowe współistnienie państw. Barbarzyństwo dokonane na Jugosławii potwierdza tylko całkowitą niewydolność i bezużyteczność Organizacji Narodów Zjednoczonych, która nie potrafiła powstrzymać żadnej wojny naftowo-terytorialnej. Nie potrafi też bronic państwowości i prawa narodów do samostanowienia.

No więc mamy takie idiotyzmy jak (bardzo serbskie) Kosowo, którego co prawda nie uznano w ONZ jako samodzielne państwo, ale jest traktowane jako takie, choć nie ma na to 'papierów'. Z drugiej strony, bardzo bronimy 'integralności' granic, ale tylko... ukraińskich. I to pomimo tego, ze Ukraina jest sztucznym państwem administracyjnie narzuconym na terenach innych państw: Polski, Rosji, Rumunii i Węgier. Palestyna ze swoją wielotysięczną historią nie ma prawa do historii, a Ukraina takie prawo posiada.

Zupełnie innym przykładem jest Polska, której granice bywały w historii bardzo płynne, a jednak jako państwo i naród Polska się ostała. Cala zresztą Europa ma bez przerwy awantury o granice, a teraz Donald Trump chce 'kupić' od Danii - Grenlandię: 'L’état, C’est Moi'.

Być może słowo L’état, pochodzi od angielskiego 'estate', co oznacza 'posiadłość', a po polsku teren, który jest własnością (sobie-państwa Zamojskich), czyli pierwsza definicja o terytorialnych apetytach może być najbliższa prawdy: kto sobie co zgarnie i zagarnie - to jego.

A przecież istnieją narody bez terenu i bez państwa jak np. Beduini czy Kurdowie... bardzo stare narody. I istnieją bardzo prastare państwa, które posiadły tajemnice przetrwania: Chiny, Indie, Egipt, Iran... Syria właśnie walczy o przetrwanie.

Trump opowiada: "Przywróciłem farmerom ich ziemie i dałem z powrotem im farmy. Dałem budowlańcom ziemię, żeby budowali sobie domy i inne rzeczy". Trump jest przekonany, że cały rząd federalny powinien pracować na niego i dla jego osobistych korzyści. Trump jest oczywiście najbardziej kontrowersyjnym prezydentem w historii Ameryki.

Jego całe tajemnicze imperium biznesowe jest zarządzane z prezydenckiego biura i Trump otwarcie wykorzystuje swoją władzę do powiększania swojego prywatnego imperium. I to Trump oskarża każdego swojego przeciwnika politycznego o tzw. conflict of interest.

Donald Trump: L’état, C’est Moi
https://nymag.com/intelligencer/2017/07/donald-trump-ltat-cest-moi.html

No to mam pytanie: Co to jest państwo? Czy Donald Trump to państwo? - Pewnie tak.


Napisała:  Tiamat